Postanowilam jednak przeniesc cala zawartos starego bloga, notatki lacznie z komentarzami. Teraz mam pod kontrola wszystko naraz, za jednym logowaniem.
Zapewne troche potrwa zanim calosc znajdzie sie tutaj, ale… jakos trudno mi sie rozstac z tymi trzema latami.

***
Kopiuj i wklej, kopiuj, wklej… Czytam dawne wpisy i komentarze pod nimi, ozywaja wspomnienia. Zadziwiajace, niektore znajomosci trwaja do dzis :)

Tajwanczycy uwielbiaja jesc. Ktos kiedys powiedzial, ze jesli otwierac interes na Tajwanie, to tylko w branzy gastronomicznej.

Mam wrazenie, ze rano, kiedy polowa Taipei udaje sie do pracy, druga polowa mieszkancow rozklada swoje kramiki i sprzedaje sniadania. I jestem pod wrazeniem. Do glowy by mi nie przyszlo, ze jesli nie mam pracy, wystarczy przygotowac kilka kanapek i stanac z nimi w ruchliwym miejscu. Albo rozlozyc sie z patelnia na srodku chodnika i smazyc placki. A ludzie tutaj tak wlasnie zarabiaja. Na jedzeniu.
Obok przedszkola mlodego jest sklep z elegancka odzieza. Codziennie rano wlasciciele rozstawiaja przed butikiem przenosna garkuchnie. Smaza jajka, kielbaski, szykuja kanapki. Kiedy okolo 16-tej ide odebrac dziecko z przedszkola po garkuchni nie ma juz sladu, a pani sprzedaje ubrania.

Rita mieszkala kiedys w USA. Szybko sie jednak stamtad wyniosla, bo okazalo sie, ze jesli o polnocy chce cos zjesc, musi jechac samochodem kilkanascie kilometrow do jakiegos zapyzialego baru serwujacego tylko zimne hamburgery. Na Tajwanie pelno jest restauracji, drogich i tanich, dobrych i kiepskich otwartych przez cala dobe.

***
Dobra, bede sie teraz kajac. Chinski wcale nie jest prosty. I zupelnie nie wiem, skad moje wczesniejsze przekonanie, ze cos takiego jak chinska gramatyka nie istnieje. Zaczely sie schody i robi sie coraz trudniej. Obawiam sie, ze moj chinski bedzie rownie kiepski, jak moj angielski.

Nadciaga kolejny tajfun. My przeczekamy go z dala od Tajwanu. Wybywamy na tydzien do Singapuru. Mam nadzieje, ze jak wroce blog nadal bedzie istnial. W czasie tych dwoch dni awarii serwisu stracilam juz nadzieje.

Rzadko sie to zdarza, ale jednak. Nie rozumiem dlaczego bluzka, ktora dla Tajwanki kosztuje 390 NT, dla mnie ma cene 590 NT?
Szkoda, ze nie znam chinskiego. Z przyjemnoscia powiedzialabym sprzedawcy, co o tym mysle.

Jesli zamierzasz wynajac na Tajwanie mieszkanie upewnij sie, ze nie znajduje sie ono w budynku starszym niz 5-7 lat. Ma to znaczenie ze wzgledu na trzesienia ziemi naruszajace konstrukcje (okna nie daja sie wyjac i umyc, drzwi sie nie domykaja) oraz na wszechobecna wilgoc.
Wchodzac pierwszy raz do takiego mieszkania, wciagnij gleboko powietrze. Czujesz zapach plesni? Obroc sie na piecie i lepiej wyjdz, bo cos tam na pewno gnije. Obejrzyj sciany, szczegolnie te okienne. Pewnie jest na nich swieza farba, ale przyjrzyj sie dokladnie parapetom, listwom przypodlogowym i meblom stojacym w poblizu tych scian. Rozchodza sie? Sa widoczne slady po wilgoci i plesni? Nie wynajmuj! Moze to oznaczac, ze sciany przemokly od wiecznych deszczy i na podlodze zbiera sie woda.
Upewnij sie, ze mieszkanie wyposazone jest w klimatyzacje. Latem (jakos tak od maja do konca pazdziernika) temperatura nie spada ponizej 36-stopni w dzien i jest naprawde goraco. Poza tym, klimatyzacja osusza i oczyszcza powietrze. Jesli nie chcesz marznac zima sprawdz, czy ma ona opcje grzania.
Jesli zamierzasz mieszkac w wiezowcu, podobno najbezpieczniejsze sa pietra powyzej 4-go, a szczegolnie w polowie budynku. Nie buja wtedy za mocno w czasie tajfunu i nie ma obawy, ze walacy sie budynek przysypie cie gruzami w czasie trzesienia.
Sprawdz tez, czy mieszkanie ma podlaczenie do gazu ziemnego. W Taipei niektorzy mieszkancy wciaz musza kupowac gaz w butlach.

Wlasnie wrocilam z kina. Ech, ten Jack Sparrow… Swietny film.
Nauczona doswiadczeniem (po „Kodzie Leonarda DV” dostalam kataru) zabralam ze soba szal do zakrycia golych ramion. Nastepnym razem musze pamietac jeszcze o skarpetkach.
Czesc mieszkancow Taipei przychodzi chyba na lunch do kina, bo jedzenie niosa w rekach, zebach i pod pachami.

Dostalismy dzis parasol od pani kierujacej autobusem. Byla okropna burza, potwornie lalo, a ona nie chciala nas wypuscic z autobusu bez tego parasola. Wiec wzielismy.
Na niewiele sie jednak zdal przy tej ulewie. Siedzialam wiec po sklepem na chodniku, Mlody spal na moich kolanach, torby rozrzucone lezaly obok, a ludzie robili wielkie kroki, zeby ominac nasze nogi.
Czulam sie jak Rumunka w centrum Warszawy. Taka przygode dzisiaj mielismy.

W niedzielne popoludnie w parku Daan jest jak w mrowisku. Masa ludzi, a juz szczegolnie w rejonie placu zabaw. W parku Daan jest jedyna znana mi w Taipei piaskownica. Piasek raczej marny, ale i tak zawsze pelno w niej dzieciakow. Podobno w niektorych marketach mozna sobie kupic czysty, zolty piasek do piaskownicy. Pewnie jest koszmarnie drogi.

Wczoraj o 5-tej rano obudzily mnie syreny. Wlasciwie, to obudzil mnie Mlody, ktory z zamknietymi oczami, wciaz spiac, kategorycznie domagal sie paczka, ktorego nie zdazyl zjesc poprzedniego wieczoru. Syreny uslyszalam przy okazji. Brzmialy jak alarm przeciwlotniczy. Pomyslalam, ze to chyba sen, ze mi sie tylko wydaje. Ze alarmy to przeciez w czasie nalotow sa, w czasie wojny…

Jak donosi dzisiejsze wydanie “Taipei Times” byly to cwiczenia, na wypadek porannego uderzenia na Tajwan. Miedzy 5.00 a 5.30 w Keelung, Ilan County, Taipei City i County, Taoyuan County, Hsinchu City i County slychac bylo syreny. Wszyscy piesi kierowani byli do najblizszych schronow. Zmotoryzowanych zatrzymywano, nakazywano im zjechanie na bok i rowniez odsylano do schronow. Podrozujacym autostradami pozwolono kontynuowac podroz, jednak wszystkie zjazdy z autostrad zostaly czasowo zablokowane. Zamknieto rowniez wszystkie lokalne bazary.
“Jest bardzo wazne, aby ludnosc myslala o tym i cwiczyla zachowanie w sytuacji, gdy wrog napada na nas wczesnie rano”. [sic!]

Jest za goraco na cokolwiek. Za sprawa szalejacego w okolicy tajfunu od kilku dni jest odrobine wietrznie i lekko pochmurno, ale i tak wciaz jest 36 stopni i nie mozna wytrzymac.

Dwa ostatnie weekendy spedzilismy na firmowych wycieczkach. Najpierw pojechalismy do Yingge w Taipei County, ktore jest centrum przemyslu garncarskiego na Tajwanie. Dorobek ponad 200 lat siegajacej tradycji mozna obejrzec w Muzeum Ceramiki. W miasteczku pelno jest tez sklepikow, w ktorych mozna nabyc lokalne wyroby. Nas zabrano na DIY do Shin Tay Yuan Art Studio gdzie sami moglismy zrobic sobie gliniany garnek albo ozdobic kolorowymi kamykami ramke na zdjecie. Pozniej pojechalismy do The Great Roots Forestry Spa Resort, czyli resortu polozonego w lesie tropikalnym gdzies w okolicach rzeki Dabao. Podobno jest to popularne miejsce w wakacje. Ze wzgledu na Mlodego wiekszosc czasu spedzilismy na placu zabaw, a po spacerze w lesie mielismy w planach skorzystanie ze Spa. Niestety ulewny deszcz, ktory na ponad godzine uwiezil nas w lesnej chatce uniemozliwil nam to.

W ten weekend natomiast wybralismy sie w centralne rejony wyspy. Najpierw w okolice Houli w Taichung County, gdzie mielismy do wyboru albo park wodny Mala Bay albo park rozrywki Yamay Discovery World. Bylo potwornie goraco, marzylismy o basenie, slizgawkach w wodzie i innych tego typu rozrywkach, jednak znowu dla wygody Mlodego wybralismy karuzele, ciuchcie i przejazdzki autkami. Yamay to jeden z wielu tajwanskich parkow rozrywki, taki lokalny Disneyland. Jedyna roznica, to kompletne pustki, przynajmniej kiedy my tam bylismy. Mialo to oczywiscie swoje plusy: nie musielismy stac w kolejkach, wiec Mlody jezdzil na czym chcial i ile chcial. Po pieciu godzinach karuzelowych szalenstw wsiedlismy do autobusu i pojechalismy w okolice Taian, Miaoli County, do przepieknie polozonego w gorach hotelu Onsen Papawaoa. Sam hotel zrobil na nas niesamowite wrazenie. Z wierzchu surowy beton i drewno, duzo szkla. W srodku przepiekne pokoje, olbrzymie lazienki z jacuzzi, kamieniami na podlodze i bambusami za oknem. I wszystko byloby super, gdyby Mlody nie pochorowal sie od tego tajwanskiego upalu. Zreszta nie tylko on mial problemy. W innych autobusach ludzie tez nie czuli sie najlepiej, wiec drugiego dnia plan wycieczki ulegl radykalnym zmianom, bo nikt juz nie chcial wysiasc z klimatyzowanego autobusu. Mielismy spacerowac nad rzeka Penglai i jeziorem Nanzhuang Xiang-Tian. Zamiast tego zjedlismy obiad w tradycyjnej restauracji Hakka i po prostu wrocilismy wczesniej do domow.

Koniec wycieczkowych weekendow jest taki, ze teraz odchorowujemy te wszystkie godziny w klimatyzowanych autobusach :(

Giant trzyosobowy – dwa siodelka, dwie kierownice, trzecia osoba siedzi na bagazniku z tylu. Plus wersja de lux z dwiema kanapami ;) Ponizej przyklad zastosowania roweru kilkuosobowego, niestety wciaz nie udaje mi sie ustrzelic pelnego skladu. I wystrzalowy pan. Prawdziwi kamikadze woza po cztery butle z gazem.

Następna strona »

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.