Tajwanczycy uwielbiaja jesc. Ktos kiedys powiedzial, ze jesli otwierac interes na Tajwanie, to tylko w branzy gastronomicznej.
Mam wrazenie, ze rano, kiedy polowa Taipei udaje sie do pracy, druga polowa mieszkancow rozklada swoje kramiki i sprzedaje sniadania. I jestem pod wrazeniem. Do glowy by mi nie przyszlo, ze jesli nie mam pracy, wystarczy przygotowac kilka kanapek i stanac z nimi w ruchliwym miejscu. Albo rozlozyc sie z patelnia na srodku chodnika i smazyc placki. A ludzie tutaj tak wlasnie zarabiaja. Na jedzeniu.
Obok przedszkola mlodego jest sklep z elegancka odzieza. Codziennie rano wlasciciele rozstawiaja przed butikiem przenosna garkuchnie. Smaza jajka, kielbaski, szykuja kanapki. Kiedy okolo 16-tej ide odebrac dziecko z przedszkola po garkuchni nie ma juz sladu, a pani sprzedaje ubrania.
Rita mieszkala kiedys w USA. Szybko sie jednak stamtad wyniosla, bo okazalo sie, ze jesli o polnocy chce cos zjesc, musi jechac samochodem kilkanascie kilometrow do jakiegos zapyzialego baru serwujacego tylko zimne hamburgery. Na Tajwanie pelno jest restauracji, drogich i tanich, dobrych i kiepskich otwartych przez cala dobe.
***
Dobra, bede sie teraz kajac. Chinski wcale nie jest prosty. I zupelnie nie wiem, skad moje wczesniejsze przekonanie, ze cos takiego jak chinska gramatyka nie istnieje. Zaczely sie schody i robi sie coraz trudniej. Obawiam sie, ze moj chinski bedzie rownie kiepski, jak moj angielski.
Nadciaga kolejny tajfun. My przeczekamy go z dala od Tajwanu. Wybywamy na tydzien do Singapuru. Mam nadzieje, ze jak wroce blog nadal bedzie istnial. W czasie tych dwoch dni awarii serwisu stracilam juz nadzieje.